Obudź się Obywatelu!

     Obywatel – to brzmi dumnie, bardzo dumnie. Dużo bardziej, niż jeszcze niedawno. Bo sensowny, wyedukowany, świadomy swojej roli Obywatel w demokratycznym państwie prawnym może tę demokrację i jej porządek obronić. Taką prawidłowość pokazuje rzeczywistość w cywilizowanym świecie. Same instytucje nie są w stanie obronić demokracji. Potrzebny jest aktywny i sensowny Obywatel, czyli taki członek społeczeństwa, który nie stoi tyłem do spraw publicznych, bo te sprawy dotyczą go w niemal każdym aspekcie. Nie tylko wówczas, kiedy zaczyna brakować mu kotleta na talerzu. Dotyczy to zarówno spraw krajowych jak i samorządowych.

     Czy demokracja w Polsce jest zagrożona? Czy samorządy działają tak, jak powinny? Czy rady gmin, powiatów i sejmików radzą czy może bezrefleksyjnie klepią podsuwane im uchwały? Czy w życiu publicznym trwa debata, jest obywatelsko i demokratycznie czy może zaściankowo, partiokratycznie i egoistycznie? „Koń jaki jest każdy widzi”, no chyba, że ktoś nie umie patrzeć, albo patrzy nie tam gdzie trzeba, bądź udaje, że nie widzi, albo w ogóle go to nie interesuje, bo stoi tyłem do przodu…

     Czy demokracja, czyli rządy oparte na woli większości obywateli, może być formą tyranii lub dyktatury…? Tak, może, jeśli jest traktowana jedynie jako rządy większości. Dlatego musi ona funkcjonować w ramach prawnych. Z tego powodu to rządy prawa, a nie rządy większości powinny być naczelną zasadą ustrojową – takimi z resztą są w liberalnej demokracji. W innych jej odmianach (demokracja suwerenna, narodowa, ludowa…) już niekoniecznie. Demokracja zatem, sama w sobie, bez ograniczających ją instytucji (czyli takich uregulowań, które mówią czego robić nie wolno) jest niebezpieczna. To dlatego konstytucja, czyli akt prawny o najwyższej mocy, nie może być zmieniana większością głosów. Wówczas bowiem, każda rządząca opcja polityczna mogłaby ją zmieniać według swoich „widzimisię”.

     Ustawę o zmianie konstytucji uchwala sejm większością co najmniej 2/3 głosów, czyli, jak można zakładać, w ramach kompromisu pomiędzy ugrupowaniami wyłonionymi w wolnych wyborach. Jest to swoiste zabezpieczenie przed majstrowaniem przy niej. To jednak jeszcze nie wystarczy, by konstytucja działała. Do tego potrzebny jest sąd konstytucyjny, który bada czy stanowione prawo jest zgodne z konstytucją, czyli czy jest one kompromisem społecznym.

     Wyobraźmy sobie teraz, że takiego sądu, zwanego u nas Trybunałem Konstytucyjnym, nie ma. Jest konstytucja, ale nikt nie sprawdza czy tworzone lub zmieniane prawo jest zgodne z ustawą zasadniczą. W takim stanie rzeczy prawo można zmienić dowolnie i… stać na stanowisku: „nie mamy pańskiego płaszcza i co pan nam zrobi” – żeby posłużyć się kultowym cytatem piętnującym epokę słusznie minioną. Można by przykładowo uchwalić prawo, że wszyscy łysi mają zapuścić włosy, albo ustanowić religię panującą. Oczywiście przykłady te są (póki co) absurdalne, chodzi jednak o to, żeby pokazać dokąd prowadzić może brak odpowiedniej kontroli nad tym, co robią reprezentanci społeczeństwa, którzy uzyskali większość w parlamencie.

     Żeby ta kontrola była odpowiednia, zdrowy rozsądek podpowiada, że sędziowie sądu konstytucyjnego nie powinni być wybierani większością głosów (jak jest obecnie), bo mogą to być wybory polityczne. W tym przypadku, tak jak przy zmianie konstytucji, konieczny wydaje się kompromis, pozwalający wybrać sędziów możliwie apolitycznych, czyli przykładowo również co najmniej 2/3 głosami posłów. Jeśli natomiast jacyś rządzący nie potrafią doprowadzić do apolityczności Trybunału Konstytucyjnego, czyli jeśli chcą wyłączyć konstytucję, powinien zadziałać Obywatel i w najbliższych wyborach odesłać ich w niebyt.

     Dlatego – co podkreśla w interesującym wywiadzie z Jackiem Żakowskim prof. Radosław Markowski („Polsce jest gorzej” – Polityka) – po to mamy instytucje, żeby czegoś nie wolno było robić. Ale tak czy inaczej, za demokratycznymi instytucjami, jeśli mają działać, musi stać aktywny i sensowny Obywatel. Dlatego właśnie nadzieje w Obywatelu, czyli w każdym z nas… a może to złudne myślenie? Może Polakom (czytaj: większości) demokracja do niczego nie jest potrzebna? Może to zbędny balast? Wszak naszym bohaterem narodowym jest Józef Piłsudski, który już w 1926 r. dokonał zamachu stanu, pozamykał część opozycjonistów w twierdzy brzeskiej, a jego obóz nie oddał władzy do samej wojny, a gdy ta wybuchła rząd czmychnął za granicę. Może to taka nasza stara świecka tradycja?

     Demokracji, państwa prawa, należy się uczyć i to uczyć przez dekady. To bardzo trudny i odpowiedzialny ustrój, ale jedyny, gdzie szanowane są prawa i wolność jednostki. Nauka związana z obywatelskością jest bowiem długa i żmudna. Każdy w demokracji liberalnej powinien być Obywatelem, co oznacza, że powinien interesować się sprawami państwa i samorządów, brać udział w debacie, pełnić rolę sygnalisty wszelkich nieprawidłowości i zdawać sobie sprawę z tego, że dobro wspólne ma przełożenie na jego dobro własne.

     Zerknijmy teraz na samorządy i zadajmy parę pytań. Czy samorządy są w lepszej kondycji od państwa? Czy są one bardziej demokratyczne? Czy jest w nich szanowane prawo? Czy są bardziej obywatelskie? Niestety, ja tej obywatelskości w samorządach nie widzę. Mieszkańcy uaktywniają się zazwyczaj wówczas, kiedy podejmowane uchwały dotyczą ich bezpośrednio, jak to się dzieje przy likwidacji szkół. W innych przypadkach, widownie na sesjach rad świecą pustkami. Co z radnymi? Czy „klepią” uchwały przygotowane przez obrotnych wójtów czy starostów (zarządy)? Bo jeśli klepią, to po co te rady? Czy radni wykazują się na sesjach odwagą, zapałem, pomysłowością, wiedzą, kulturą osobistą czy może biernością, minimalizmem oraz lękiem przed ryzykiem, prostactwem?

     Zachęcam wszystkich do pójścia na najbliższą sesję rady w swojej gminie lub powiecie i zaobserwowania co robią ich wybrańcy. Warto mieć taką wiedzę przed następnymi wyborami. Warto też pamiętać o tym, że radni w radach mają prowadzić otwartą debatę, spierać się, szukać najlepszego z możliwych dla mieszkańców rozwiązań. Przynajmniej tak rozumiem sens samorządów.

     Wracając do sedna, takie mamy partie, sejm, rady, jakie mamy społeczeństwo. Życie publiczne powinna charakteryzować nieustanna debata. Debata, czyli dyskusja na argumenty z poszanowaniem odmiennego zdania. Gdzie dzisiaj mamy taką debatę? Na spotkaniach? Gdzie, kiedy? W Internecie? Też jej tam nie dostrzegam, bo to coś zwane komentarzami, najczęściej nie jest żadną dyskusją. Cała nadzieja w tym, że obudzimy wreszcie w sobie Obywatela. W przeciwnym razie zostaniemy zepchnięci na margines zachodniej cywilizacji.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *